Co mi Instagramie dasz?

Ostatnio zniknęłam i nikt nie zapytał, gdzie jestem.

Wyobrażacie sobie taką sytuację w prawdziwym świecie? Wydaje mi się, że w realu ktoś by się jednak zainteresował i ostatecznie zadzwonił na policję. Na szczęście mam się dobrze i nie zamierzam znikać, a jedyne miejsce, gdzie ostatnio mnie nie ma, to miejsce wirtualne i z pewnością wam znane. Nazwa jego brzmi Instagram.

Przyznajcie się, kto z was złapał się na podobnym scenariuszu: otwieracie oczy, przewracacie się na drugi bok i… sięgacie po telefon. Wasz umysł jest jeszcze w fazie budzenia się, ale palce niczym sprawnie działające oprogramowanie, śmigają po ekranie w poszukiwaniu charakterystycznej, mieniącej się różnymi barwami ikonki. Dotykacie kciukiem ekranu i otwieracie aplikację. Bez zastanowienia skrolujecie ekran, klikacie w serduszka, otwieracie kolejne insta stories. Kątem oka sprawdzacie, która jest godzina. Jeśli teraz nie wstaniecie, spóźnicie się do pracy. Nie przejrzeliście wszystkich nowości, więc śmigacie dalej. Jeszcze kilka minut i naprawdę będzie za późno. Ostatecznie wybici z instagramowego letargu zrywacie się z łóżka i zbieracie do pracy. Zdążycie, ale tylko pod warunkiem, że śniadanie kupicie sobie w drodze i zjecie je na szybko w tramwaju.

Takie poranki zdarzyły mi się kilka razy.
Dlatego postanowiłam zniknąć z Instagrama.
Nie całkowicie, bo nie skasowałam konta, a jedynie aplikację z telefonu. Okazało się to jednak wystarczająco skuteczne, bo w efekcie tego od prawie dwóch miesięcy moja aktywność w insta-świecie zmniejszyła się diametralnie.

Wróćmy na chwilę do początku i zatrzymajmy się przy tym, czym jest sam sprawca całego zamieszania.

Instagram to połączenie mikrobloga i miejsca do publikacji zdjęć i filmów. Jako aplikacja do telefonów z systemem Android został rozpowszechniony w 2012 roku i niemal od razu zakupiony przez Facebooka za miliard dolarów. Tym, co odróżniało zdjęcia publikowane na Instagramie od zdjęć publikowanych na Facebooku, był ich kwadratowy format i charakterystyczne filtry, modyfikujące koloryt i tonację zdjęć. Z czasem pojawiały się kolejne funkcje: geotagowanie (oznaczanie na mapie miejsca, w którym zostało zrobione zdjęcie), hashtagi (znaczniki umożliwiające grupowanie zdjęć), oznaczanie znajomych, oraz Instagram Stories, czyli publikowanie filmów i zdjęć, które znikają z profilu po 24 godzinach. W czerwcu 2018 roku wprowadzono funkcję IGTV – Instagram TV, która daje możliwość ładowania filmów do godziny czasu. W Niemczech istnieje również opcja robienia zakupów przez Instagram.

W ciągu ostatnich lat lista aktywnych użytkowników Instagrama gwałtownie wzrosła i w 2018 roku sięgała około miliarda.

Można więc wnioskować, że Instagram to kolejne cudo postępu technologicznego, które otwiera nas na świat i daje sporo możliwości, na przykład promowania własnego produktu. Jednocześnie aplikacja szybko stała się następcą Facebooka jeśli chodzi o ilość treści z prywatnego życia, którymi dzielą się użytkownicy: co dzisiaj ugotowaliśmy na obiad, gdzie byliśmy w ostatni weekend, jaką minę zrobiło nasze dziecko i co zjadł ukochany piesek.

Dotychczas nie uważałam, że coś tu jest nie tak. Skrolowałam, serduszkowałam, publikowałam i nawet zdarzało mi się robić zdjęcia „pod Instagram”. Punktem zwrotnym było uświadomienie sobie, że ilekroć zaglądam do tej aplikacji, czuję się źle. A że zaglądałam do niej kilkanaście razy w ciągu dnia, to też za każdym razem czułam się źle.
I tu zapaliła mi się czerwona lampka. Bo jeśli coś robię i czuję się z tym źle, to z pewnością coś tu jednak nie gra.

Jak wyżej wspomniałam, nie grało mi to, że witałam dzień z telefonem w dłoni. Że zamiast wstać, otworzyć okno i zażyć zdrową dawkę świeżego powietrza na dzień dobry, skrolowałam bezmyślnie ekran. W dodatku zauważyłam, że Instagram skutecznie odwodzi mnie od zdroworozsądkowego bycia tu i teraz, bo przecież każdy piękny moment „trzeba” uwiecznić i się nim podzielić z wirtualną publicznością. Zamiast przeżywać daną chwilę, koncentrowałam się na filmowaniu, w myślach publikując już dany moment na insta stories. Zorientowałam się też, że przebywając tak często na Instagramie, bombarduję swój mózg ogromem zdjęć, grafik i filmów, z których część wyzwalała we mnie poczucie pustki. Niestety, kilkakrotnie złapałam siebie samą na porównywaniu własnego życia do „szczęśliwego życia” zupełnie obcych mi osób z Instagrama. Wiele innych informacji, które dostarczałam sobie podczas przeglądania zdjęć, zupełnie mnie nie interesowała, a mimo wszystko nie mogłam oprzeć się dalszemu skrolowaniu. W rzeczywistości tylko znikoma część publikowanych treści na Instagramie stanowiła dla mnie jakąś wartość. Zaśmiecanie mózgu niepotrzebnymi i dołującymi informacjami, poczucie, że jakaś tajemna moc każe mi rano sięgać po telefon i bezmyślnie śmigać palcami po ekranie, porównywanie się z życiem innych, często zupełnie obcych mi osób (nawet nie z życiem, a z tym, jak się kreują na Instagramie), poczucie, że żyję wirtualnie a nie naprawdę – wszystko to wywoływało we mnie frustrację, smutek, pustkę, poczucie osamotnienia, oraz, że tracę coś w prawdziwym życiu.

Gdybyście poprosili mnie o wymienienie zalet Instagrama, na pewno bym to zrobiła. Jednak w tym wpisie chcę skupić się na tym, jak bardzo mi on na dłuższą metę zaszkodził. Spędzając godzinami czas na tej aplikacji, nie otrzymywałam od niej tego, co chciałam mieć na co dzień – przyjaciół, troski, bliskości, głębokich przemyśleń, odpoczynku, dobrego samopoczucia, spokoju ducha. Nie otrzymywałam, bo tego nie ma na Instagramie. To wszystko jest w prawdziwym świecie, w którym przyglądamy się prawdziwym ludziom, z którymi budujemy relacje i w którym nie otumaniamy naszego mózgu nagminnym skrolowaniem zdjęć i grafik. Mam gdzieś postęp technologiczny, jeśli przynosi mi on więcej szkód niż korzyści. Nikt mi nie wmówi, że podczas przeglądania Instagrama nasza głowa odpoczywa, tak samo jak, widząc kolejną parę/podróż/pięknie udekorowane wnętrze domu/ czy inny wizualny sukces zupełnie obcych nam osób, cieszymy się w pełni i ani trochę nie odnosimy tego pięknego zdjęcia do własnej rzeczywistości, która z pewnością jest mniej idealna od tej na instagramowym obrazku.

Nie, nie brakuje mi Instagrama. Zaglądam tam od czasu do czasu, ale od prawie dwóch miesięcy, nie mam już zainstalowanej aplikacji na telefonie. Czasami tylko zastanawiam się, gdzie będę publikować moje zdjęcia, bo zawsze lubiłam dzielić się tym, co uchwyci obiektyw mojego aparatu. Zdarza mi się rozmyślać też o tym, czy nie wykorzystać Instagrama do rozsądnego promowania Biblioteki na Końcu Świata. Dziś jednak nie muszę znać odpowiedzi na te pytania.

Odkąd ograniczyłam przebywanie na Instagramie, znalazłam czas na te rzeczy, które wcześniej nie mieściły się w moim harmonogramie dnia. Mam wrażenie, że mój umysł głębiej oddycha, a i samopoczucie utrzymuje się na dobrym poziomie. O wiele bardziej zwracam uwagę na to, co dzieje się dookoła mnie i pielęgnuję relacje z prawdziwymi ludźmi – nie zaś z przytłaczającymi mnie grafikami i zdjęciami. Koncentruję się też na tym, co na co dzień daje mi świat. Jestem wdzięczna za każdy uśmiech, każde przytulenie, każde dobre słowo i każdą dawkę dobrej energii, którą dają mi ludzie, jakimi się otaczam.

Na zakończenie wpisu chciałabym się podzielić z wami jednym zdjęciem, które kilka lat temu obiegło cały Internet. Jego autorem jest John Blanding, fotograf The Boston Globe.

http://www.bdcwire.com/


7 myśli w temacie “Co mi Instagramie dasz?

  1. Bardzo fajny wpis i mam podobne przemyślenia. Nie zdarza mi się insta przeglądać rano w łóżku bo jednak wolę w nim spać 😉 ale po śniadaniu robię sobie prasówkę. Ostatnio zorientowałam się, że przeglądam tylko dwa góra trzy konta które lubię. Nie mam już siły i czasu na więcej 😉

    Polubione przez 2 ludzi

  2. Od niedawna bloguję i podoglądam czasami instagramy, lecz sądzę, że to prawdziwe szaleństwo, jak nadążyć? Kosztem kogo i czego? Doceniam artystyczne fotografie, ale juz robienie co moment zdjecia telerza i kubka kawy mnie wkurza.

    Polubione przez 2 ludzi

  3. Ani nie posiadam konta na instagrami ani nie oglądam zdjęć na nim – i w ogóle nie czuję jakiegoś braku (podobnie z FB).
    Jak sama opisujesz- dowiedziałaś sięile takie wirtualne życie warte.
    Jednak chyba zdecydowanie lepiej skupić się na realnym świecie (a i jakoś realne znajomości są bardziej fascynujące)!

    Polubienie

Odpowiedz na Marzena Wieloch Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s